W Sercu Jezusa zobaczyć Ojca…

edna z ważniejszych spraw w naszej relacji z Bogiem to rozpoznanie w Nim obok Stwórcy i Pana także, a może przede wszystkim Ojca. Na tej drodze niezastąpiony jest Jezus Chrystus, Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Potrzebny był akt wcielenia, abyśmy mogli odkrywać oblicze Ojca. Jezus wspomina swoim uczniom, że kto Jego zobaczył, zobaczył i Ojca, bo On jedno jest z Ojcem (por. J 14,9-10). Patrząc na Chrystusa, na podejmowane przez Niego działania i wypowiadane słowa, dostrzegamy konkretne znaki Bożego, ojcowskiego umiłowania człowieka. To wszystko buduje zarys Serca, które w najbardziej prosty i przekonujący sposób ukazuje prawdę o Bogu jako Ojcu.

Ciepło relacji
 
Nie jesteśmy więc tylko stworzeniami, ale partnerami w miłości, dziećmi otoczonymi płaszczem miłosierdzia, zapraszanymi do coraz głębszej relacji, już nie tylko zależności, którą podpowiada nam rozum, ale i bliskości odczuwalnej przez ludzkie serce. I choć zamysł ten wydaje się tak prosty, to niejednokrotnie tak trudno go przyjąć. Ilu pomiędzy nami chrześcijan, którym niełatwo dostrzec ojcowskie rysy Boga. Swoją relację z Nim traktują jak wypełnienie pewnej formalności. Wystarczy dać przykład codziennej modlitwy, choćby pacierza odmawianego bez większej świadomości, przy włączonym telewizorze, bez zaangażowania serca, bardziej dla poczucia wypełnionego obowiązku wiary niż z wewnętrznej tęsknoty, a przynajmniej potrzeby. Podobnie bywa z podejściem do Mszy Świętej. Mało w niej spotkania kochających się dwóch osób, a więcej po prostu spełnienia ciążącej na wierzącym powinności. Ta kwestia wydaje się tak powszechna, że nawet w naszej nomenklaturze częściej mówimy o chodzeniu czy też niechodzeniu do kościoła niż o uczestnictwie w Eucharystii. Zresztą i ewentualne uczestnictwo czasami tygodniami i miesiącami pozbawione jest tego, co wydaje się najważniejsze, a więc stanu łaski uświęcającej, dającej człowiekowi możliwość zjednoczenia z Bogiem w przyjmowanej Komunii Świętej. Można pytać: Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego przystajemy na taką zimną, bezuczuciową – chciałoby się powiedzieć – bezduszną relację? Dlaczego zadowalamy się czymś, co niepełne, jakby niedokończone?
 
Głębia poznania
 
Ojciec Henri Caffarel (1903-1996), francuski kapłan, założyciel ruchu duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame, mawiał: „Nie można bowiem kochać kogoś ani służyć mu, jeśli się go nie zna. To, co jest daleko od oczu, jest też daleko od serca…”. Właśnie to jest problemem dzisiejszych chrześcijan – słaba znajomość Boga. Być może mało, wciąż za mało poświęcamy czasu, by poznawać Boga. Wiemy dobrze, że nigdy Go nie ogarniemy w pełni naszym poznaniem, ale On pragnie, abyśmy z zaangażowaniem odkrywali to, co sam powiedział o sobie choćby w swoim Synu Jezusie Chrystusie.
Tymczasem Pismo Święte, w którym objawia nam swoją miłość, jest księgą tak bardzo obdarzoną „szacunkiem” przez chrześcijan, że najlepiej pozostawić je nietkniętym na domowej półce z książkami, aby przypadkiem niczym go nie zabrudzić, nie uszkodzić w codziennym używaniu. Cóż, nawet stwierdzenie św. Hieronima, że nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa, zbytnio nas nie niepokoi. I choć zamysły Jego Serca mogłyby się przed nami rozlewać z zapisanych atramentem miłości kart Pisma Świętego w sposób modlitewny odczytanych, ciągle sprawiamy wrażenie mało zainteresowanych, zaślepionych bardziej przekazami telewizyjnymi z miejsc kolejnej życiowej tragedii, która może w ludzkich ocenach poddawać w wątpliwość dobroć Boga godzącego się na nią. W ten sposób więcej w nas pretensji do Tego, który rządzi światem, niż do człowieka, sprawcy nieszczęścia, nierzadko wyzutego z wszelkich wartości poprzez bezkrytyczne przyjmowanie lansowanej kultury stroniącej zwłaszcza od chrześcijańskich ideałów. Właśnie ona również zaciemnia pole widzenia, proponując odejście od tradycyjnych, ostatecznie sprawdzonych przez wieki sposobów patrzenia na rzeczywistość przez pryzmat wartości wypływających z Ewangelii. One są przecież trwałym gwarantem dostrzegania w świecie dobra, usensownienia miłości będącej bezinteresownym darem z siebie ofiarowanym innym. To Ewangelia gwarantuje zagubionemu człowiekowi nadzieję, bez której tak trudno żyje się pełnią życia, i to ona jest ową poprzeczką, która w ludziach rodzi pragnienie przekraczania swoich własnych ograniczeń, co przecież determinuje nasz rozwój.

Braterstwo serc
 
Dzisiaj mniej modnym staje się szukanie znaków Bożej obecności w świecie, w osobistym doświadczeniu życiowym czy w życiu innych. Nasz wzrok powoli, systematycznie jest odzwyczajany od odpowiedniego, a więc pełnego szacunku patrzenia na sacrum, które niejednokrotnie chce się zamknąć w kościołach najlepiej widzianych jako zabytki niewiele mające wspólnego ze współczesnością. Wypadkową zaś tego procesu, w którym – chcąc nie chcąc – tkwimy, jest zwiększająca się odległość serca ludzkiego od Bożych spraw i Bożego widzenia rzeczywistości, która nie tylko poprzestaje na teraźniejszości, ale rzuca konkretne światło na przyszłość powoli zamieniającą się w wieczność. Podkreślamy tę kwestię bynajmniej nie w celu jeszcze większej beznadziei, ale by poruszyć niespokojne serce człowieka, które takim pozostanie, dopóki nie spocznie ostatecznie w Panu. Wydaje się, że to, co może pomóc dzisiejszemu człowiekowi, to odkrycie na nowo jego powiązań z Bogiem przede wszystkim na płaszczyźnie serca.
 
Z takim zadaniem przyszedł do nas Chrystus. To zadanie pozostawił swojemu Kościołowi, który w swoim posłannictwie ma pokazać światu prawdziwe, ojcowskie oblicze Boga Stwórcy. Wskazuje On niezmiennie na Jezusa Chrystusa, Syna Ojca Przedwiecznego, będącego obrazem Ojca. W Nim jest nasze autentyczne poznanie, które stanie się rzeczywistością, gdy zaangażujemy w to nasze własne serce. Patrząc sercem, można dostrzec to, co niewidoczne dla oczu. I wcale takie widzenie nie jest sentymentalizmem, ale właściwym spojrzeniem na rzeczywistość wartości. Otwierajmy więc oczy serca, aby dostrzec w Bogu Ojca, który troszczy się o nas, dając tego przykład nie tylko w Kościele poprzez sakramenty święte, ale splatając nitki naszej codzienności, tak aby nas przygotować na szczęśliwą wieczność. Zaczniemy to też rozumieć, gdy będziemy patrzeć sercem.
 
ks. Sławomir Kamiński SCJ
Czas Serca 137