Z Grzegorzem Górnym, dziennikarzem, publicystą, współautorem książki „Dowody Tajemnicy. Śledztwo w sprawie zjawisk nadprzyrodzonych” rozmawia Cezary Sękalski.
 
 
Jak to się stało, że zajął się Pan śledztwem w sprawie zjawisk nadprzyrodzonych?
Wspólnie z fotografem Januszem Rosikoniem wydaliśmy bogato ilustrowaną książkę pt. „Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych”. Praca nad nią zajęła nam dwa lata. Jeździliśmy po świecie, poszukując materialnych śladów po Jezusie, rozmawiając z naukowcami, zbierając dokumentację faktograficzną i fotograficzną. Niektórzy z badaczy, z jakimi się wówczas spotykaliśmy, zajmowali się nie tylko naukowym analizowaniem pamiątek po Chrystusie, lecz także studiami nad zjawiskami nadprzyrodzonymi.
Jedną z takich postaci był włoski lekarz medycyny sądowej, prof. Pierluigi Baima Bollone – człowiek, który dokonał sekcji zwłok zabitego przez Czerwone Brygady premiera Włoch, Aldo Moro i dzięki któremu odnaleziono sprawców tej zbrodni. Był on przez wiele lat nie tylko przewodniczącym Międzynarodowego Centrum Syndonologicznego, zajmującego się badaniem Całunu Turyńskiego, lecz także jedynym ekspertem, który zbadał naukowo fenomen cudu krwi św. Januarego w Neapolu.
Drugą postacią był ks. prof. Andreas Resch – austriacki redemptorysta, który z kolei napisał książkę o innej relikwii Chrystusowej, a mianowicie o Chuście z Manoppello. Założył on w Innsbrucku Instytut Badań Obszarów Granicznych Nauki, którego zadaniem jest naukowa analiza fenomenów nadprzyrodzonych.
Tak więc przy okazji poszukiwania śladów związanych z Jezusem natknęliśmy się na zupełnie inny temat: zjawisk niewytłumaczalnych w świetle nauki. Postanowiliśmy podążyć tym tropem i tak powstała książka „Dowody Tajemnicy”.
Jak długo trwało zbieranie materiałów do tej książki? Ile miejsc Panowie odwiedzili? Ile kilometrów przebyli?
Nie liczyliśmy nigdy kilometrów ani miejsc. Zbieranie materiałów trwało ponad rok, a w tym czasie odwiedziliśmy m.in.: Niemcy, Czechy, Austrię, Francję, Włochy, Hiszpanię czy Portugalię i, oczywiście, kilka miejsc w Polsce.
 
Nie obawiał się Pan zarzutu, że prowadzone śledztwo jest jedynie poszukiwaniem sensacji?
 
Nie, dlatego że naszymi przewodnikami w poszukiwaniach nie byli sensaci i gawędziarze, ale wiarygodni naukowcy, wybitni specjaliści w swoich dziedzinach, wykładowcy akademiccy, najczęściej osoby z tytułami profesorskimi. Powoływali się oni na najnowsze badania dokonywane za pomocą najbardziej zaawansowanych metod naukowych. Nie pisaliśmy więc o zasłyszanych plotkach, ale o konkretnych zjawiskach, które zostały przebadane przez naukowców, w niektórych przypadkach wielokrotnie i na wiele sposobów.
 
Przez lata PRL-u byliśmy karmieni sloganem o „światopoglądzie naukowym”, który zjawiska niewytłumaczalne naukowo z założenia klasyfikował albo jako zabobon, albo jako oszustwo. Czy echa tamtej mentalności dziś nadal funkcjonują?
 
Oczywiście, ponieważ światopogląd marksistowski bazował na wcześniejszym od niego paradygmacie oświeceniowym, dlatego mimo upadku komunizmu nadal jest on żywy – i to nie tylko w byłych krajach socjalistycznych, lecz także na Zachodzie. Ten „światopogląd naukowy”, o którym Pan mówi, opierał się na mechanistycznym materializmie, który każe odrzucić wszystko, czego nie da się zobaczyć, policzyć, zmierzyć i zważyć. Tymczasem już na początku XX wieku odkrycia fizyków cząstek elementarnych całkowicie zdruzgotały ten światopogląd. Podobnie zresztą jak późniejsze odkrycia genetyków.
 
Dziś fizycy każą nam wierzyć w rzeczy o wiele bardziej nieprawdopodobne niż dogmaty chrześcijańskie, na przykład w to, że cały, rozciągający się na miliardy lat świetlnych kosmos był kiedyś ściśnięty w jednym punkcie, mniejszym niż główka szpilki. Zwolennicy paradygmatu oświeceniowego nadal tkwią mentalnie w XVIII i XIX wieku, podczas gdy nauka już dawno poszła do przodu. Jest bardziej niż kiedykolwiek otwarta na wymiar tajemnicy. Dziś na amerykańskich uniwersytetach jest o wiele więcej ludzi wierzących wśród kadry profesorskiej na wydziałach nauk ścisłych i biologicznych niż humanistycznych.
 
Ciekawe, że w książce opisuje Pan również takich naukowców, którzy zamiast rzetelnie zbadać dane zjawisko, woleli od razu, bez dowodu uznać, że jest ono oszustwem...
 
Nie dawałem wiary naukowcom na słowo, ale starałem się sprawdzać to, co mówią. W związku z tym interesowały mnie wszelkie kontrowersje i różnice zdań między nimi. Badałem więc ich spory o autentyczność niektórych zjawisk. Tak było choćby w przypadku fenomenu w Sokółce. Okazało się, że ci profesorowie, którzy twierdzili, iż mamy do czynienia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, osobiście badali ten przypadek z użyciem nowoczesnych środków technologii naukowych, natomiast ci, którzy utrzymywali, że to oszustwo, nie widzieli go nawet na oczy.

Wiara jest bliską relacją z Bogiem, a nauka zajmuje się opisem zjawisk, które można zbadać jakościowo i ilościowo. Są to zatem dwie równoległe rzeczywistości, które posługują się odmienną metodologią. W Pana książce uderza fakt, że często inicjatorem badań naukowych nad nadprzyrodzonymi zjawiskami jest Kościół? Jak Pan myśli, dlaczego tak się dzieje?
 
Chrześcijaństwo zakłada syntezę wiary i rozumu. Dlatego Kościół zawsze głosił, że jest możliwa zgodność religii i nauki. Pisał o tym Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, które wznoszą człowieka do góry, w kierunku poznania prawdy, a więc kontemplacji Boga. Kościół nie boi się więc badań, bo nie boi się prawdy.
 
Wiara nie musi karmić się cudami, a niekiedy nadmierne zainteresowanie przypadkami nadnaturalnymi może być nawet dla niej niebezpieczne... Jaki jest Pana osobisty stosunek do tych rzeczywistości?
 
Dla mnie te wszystkie zjawiska, które opisuję w swej książce, nie są do wiary konieczne. Rzeczywiście, istnieje niebezpieczeństwo nadmiernego koncentrowania się na niezwykłościach i cudownościach, wszystko jest jednak kwestią harmonii i proporcji. Nie można skupiać się na darach, zapominając o Dawcy. Nie można zachwycać się dziełem stworzenia, ignorując jego Stwórcę.
 
Na kartach książki opisuje Pan cuda eucharystyczne, maryjne, przypadki nadnaturalnych uzdrowień, stygmatyków, inedii (wieloletnie odżywianie się wyłącznie Komunią Świętą) oraz przypadki braku rozkładu ciał świętych po śmierci. Które z tych zjawisk były dla Pana najciekawsze?
 
Wszystkie one były niezwykle interesujące. Na początku budziły we mnie pasję poznawczą, by odkryć prawdę. Im jednak człowiek dłużej się takimi sprawami zajmuje, tym bardziej odkrywa, że prawdę można odkrywać na różne sposoby, i że nie tylko rozum, lecz także wiara jest sposobem poznawania świata. Uświadomił mi to zwłaszcza przypadek Marty Robin – francuskiej mistyczki, stygmatyczki i inedyczki, której historię opisałem w swej książce. Zjawiska nadprzyrodzone, które towarzyszyły jej życiu, były całkowicie drugoplanowe wobec głębi jej życia duchowego, mistycznych doświadczeń i osobistej relacji z Bogiem.

W jednym z końcowych rozdziałów pisze Pan, że „znaki – jak uczą mistrzowie życia wewnętrznego – nie podlegają rozeznawaniu duchowemu. Można je przyjąć albo odrzucić”. Jak Pan to rozumie?
 
Cuda, jak uczy teologia katolicka, są pewnymi znakami, zaś znaki, jak podkreśla duchowość ignacjańska, nie podlegają rozeznawaniu duchowemu, lecz są do osobistego odczytania. Wszystko zależy więc od indywidualnego wyboru. Byłem świadkiem historii, które jednych ludzi pchały do nawrócenia i całkowitej przemiany życia, a innych pozostawiały obojętnymi, budząc co najwyżej wzruszenie ramion. Wiele rzeczy rozstrzyga się więc w głębi ludzkiej duszy. W tym kontekście najciekawsza jest zatem relacja między danym zjawiskiem a wnętrzem człowieka.
 
Ale czy „osobiste odczytanie” znaków nie jest właśnie ich rozeznawaniem? Oczywiście nie jest obowiązkiem każdego katolika, aby badać wszystkie zjawiska nadprzyrodzone, o jakich się dowiaduje, i zajmować stanowisko wobec nich, ale rozeznawać autentyczność i wiarygodność znaków, jakie Bóg kieruje do niego, aby móc iść za nimi...   
 
Podam przykład: kiedy w 2006 roku Benedykt XVI modlił się w obozie zagłady Auschwitz, wtedy nad Oświęcimiem pojawiła się tęcza – dla jednych ewidentny znak nawiązujący do przymierza Boga z Noem po potopie, dla innych zwykłe zjawisko atmosferyczne.
 
Kościół nie zmusza nikogo do jednej interpretacji tego wydarzenia i nie czuje się upoważniony do dawania oficjalnej wykładni w tej sprawie. Nie daje też żadnych wskazówek, jak je duchowo rozeznawać. To znak, który każdy odczytuje indywidualnie.
 
Dam inny przykład. Ktoś może np. leżeć na fotelu dentystycznym i być poddawany bolesnej procedurze stomatologicznej. Patrzy w tym czasie na szybę i w formie ram okiennych dostrzega kształt krzyża. W tym momencie może mu się to skojarzyć ze znakiem krzyża Chrystusowego i dzięki temu, starając się złączyć swój ból z cierpieniami Jezusa, łatwiej zniesie zabieg. Czy ma do tego prawo? Jak najbardziej. Czy to oznacza, że wszyscy mają widzieć w ramach okiennych krzyże? Oczywiście, że nie. Jest to kwestia indywidualnego, osobistego odczytania. Dlatego w sprawie znaków nie ma reguł rozeznawania duchowego. 

Jakie znaczenie dla Pana wiary miało śledztwo w sprawie zjawisk nadprzyrodzonych?
 
Przekonało mnie jeszcze bardziej, że Pan Bóg jest dla nas nie tylko nieskończenie wielki i nie do objęcia rozumem, lecz także troszczy się o nas i nie ustaje w wysiłkach, by na różne sposoby dotrzeć do nas ze swą miłością. Przecież te wszystkie cuda to tylko różne metody, by dobić się do naszych zamkniętych serc.